- Mogę pani coś pokazać? – uśmiechnęłam się do plastyczki i
wyjęłam brzydki, szary szkicownik. Był gruby, bez okładki (odpadła), ale z
mnóstwem rysunków, papierów. Oczy kobiety rozbłysły. Tak, pani Carl, plastyczka
z wieloletnim stażem lubi moje gryzmoły, w postaci zakrwawionych psów z
zszytymi pyskami i nienaturalnie wielkimi zębiskami, i nie tylko. Oddałam
szkicownik w jej ręce, wcześniej wyznaczając stronę.
- Nie zawiodłaś mnie, Yaki! – zawołała z radością w głosie –
Twój wielki, zakrwawiony koń… mogłabym go zatrzymać? Powiesić sobie na ścianie
pokoju?
- Wiem, że to dla pani ważne… ale nie – zachichotałam z
cynicznym uśmiechem. Gdy moja ciotka była na wykładzie (jak być asertywnym),
powiedziano, że właśnie tak należy odmawiać. Rozbawiło mnie to do tego stopnia,
że sama zaczęłam używać tego zwrotu. Pani Carl uśmiechnęła się tylko, po czym
wróciła do szkicowania jednorożca.
Padłam na łóżko. Coś sprawiało,
że nie mogłam się podnieść, coś, co
chyba zwie się lenistwem. Miałam jeszcze mnóstwo energii. Spojrzałam przez otwarte okno.
Zaczęłam nasłuchiwać. Szum. Drzewa się ugięły. Kap, kap,
kap. Czyżby zaczynało kropić? Mam nadzieję, że nie. W końcu chciałam jeszcze
wyskoczyć na piwo. Tup, tup, tup. Idą ludzie, choć sami nie wiedzą, dokąd.
Smutne. Ale co z tego, zdarza się. Nikt nie wie, gdzie idzie. To jak wracanie
do domu, gdy jesteś pijany. Nigdy nie wiesz, gdzie dojdziesz. Podniosłam się z
łóżka, moje ciało samo zbliżyło się do szafy, a me ręce wyjęły czarną sukienkę
do kolan i czerwoną narzutkę, po czym rzuciłam się szukać rajstop. Wyjmując owe
ubrania spostrzegłam, że mam same czarne i czerwone, i jeszcze białe ciuchy.
Powinnam mieć jeszcze inne kolory… a nie! Mam jeszcze szary…
Założyłam trampki i zadowolona wyszłam z Akademika. Udałam
się w znajomą, choć wciąż tak samo ciemną uliczkę. Czekałam, aż ujrzę wielki
napis BAR U EDKA | NAJTAŃSZY ALKOHOL W
MIEŚCIE. Trzask. Tup, tup, tup. Ktoś idzie. Biec? Nie, może poczekam.
Śmiech. Cichy śmiech. Tup, tup, tup. Ten ktoś idzie dosyć szybko. Cisza. Martwa
cisza. Jakby w głowie, usłyszałam pytanie. „Przytulisz
mnie?”. Odwróciłam się. Dziecko. Długie włosy, ciemne oczy i ten dziwny
uśmiech. Brudna sukienka, sięgająca dziecku do kolan, powiewa na wietrze. Dziewczynka
coś szepcze. Nie mogę jej zrozumieć. Dopiero gdy zaczyna mówić głośniej, słyszę
cały czas to samo pytanie. „Przytulisz
mnie? Przytulisz mnie? Przytulisz mnie?”. Czułam strach. Mimo to, nachyliłam
się i przytuliłam to dziecko. Dziewczynka znów zaczęła szeptać. Tym razem
zrozumiałam jej słowa od razu. „Zabijesz
mnie? Zabijesz mnie? Zabijesz mnie? Zabijesz mnie?”. Wyciągam rękę, aby ją
znów przytulić. Czy to w mojej ręce… to nóż kuchenny. Spoglądam jeszcze raz na
dziewczynkę. Drżę. Dlaczego ona leży i się nie rusza? Czy to wokół niej… to
krew? Ma ją na całym ciele. Słyszę krzyk. „Dlaczego?!
Dlaczego?! Dlaczego?! Dlaczego?!”. Patrzę znów na nóż. Jest w krwi. Moje ręce
też. Cała ociekam tą czerwoną cieczą. Zamykam oczy i biorę wdech. Czuję w
powietrzu śmierć.
Zerwałam się nerwowo z łóżka. To był sen… tylko sen. Byłam
cała spocona. Spojrzałam na godzinę. Dwudziesta pierwsza. Idę się kąpać.
Po kąpieli odpaliłam laptopa i zaczęłam doskonalić moją nową
grę. Tu i ówdzie dodałam parę szczegółów, po czym zaczęłam prowadzić rozgrywkę. Bohaterką w
tej grze była kobieta, która zabiła dziesięcioletnią dziewczynkę. Westchnęłam.
Po około godzinie zrobiłam się głodna. Wyszłam z pokoju i
ruszyłam do kuchni, gdy nagle na kogoś wpadłam.
- Przepraszam, nie zauważyłam… co? – przez moment wydawało
mi się, że widzę tą dziesięcioletnią dziewczynkę. To pierwsza gra, która tak na
mnie działa. Zamrugałam parę razy i zobaczyłam wysokiego mężczyznę o kremowych
włosach. Zrobiło mi się głupio, bo mój mózg na trzy sekundy zmienił mu płeć i wiek.
Krawcaty?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz